DTC-book

maj 13 2012

Tony przeformatowanego tekstu, praca nawet w czasie wykładów, zabawa w grafika i telefoniczna wymiana zdań z warszawską drukarenką. Tak wyglądały prace nad przygotowaniem urodzinowego prezentu. Ale już jest…

 

Continue Reading »

2 komentarzy

Parfum de Paris: Wiceroje czerwone, proszę

maj 13 2012

Zdarzyła mi się ostatnio śmierdząca obserwacja. Od jakiegoś czasu każdy kierunek, w stronę którego obrócę swój wielki nos, pokazuje mi dziewczyny z papierosami. To już jakaś mania. Wystrojone, szczupłe, z żelowymi nakładkami na paznokcie, a między palcami kawał biało-pomarańczowej bibuły. Siedzą pod szkołą, pod biurem, pod wieżowcem i kopcą.

Później jedna z drugą orientują się, że to jednak trzeba wrócić na zajęcia, do pracy, czy tam pojechać do chłopaka. Szybko więc chwytają za kołnierz płaszczyka i wąchają. Po kilku zaciągnięciach dochodzą do wniosku, iż rzeczony kołnierzyk zwyczajnie ŚMIERDZI, więc sięgają do torebki. Tam w gąszczu porozwalanych chusteczek higienicznych, błyszczyków i podpasek odnajdują mały flakonik. Uchylają jego nakrętkę, przekręcają dozownik w stronę szyi, naciskają spust po czym pryskają nań ile wlezie.

Odkładają perfum z powrotem do torebki, jeszcze raz niuchają kołnierzyk i z zadowoleniem na buzi mówią – tera będzie dobrze!I idą w swoją stronę, z przeświadczeniem, że ich perfum, niczym ten włochaty potwór z reklamy zeżarł ten smród robotnika-palacza z ich ciała i dzianiny.

Robicie to źle. A Zapachowi chanell numer papieros mówię zdecydowane nie.

1 komentarz

Gorący ped

maj 10 2012

Jak można nie znać Lauryn Hill ja się pytam? Diva czarnej muzy czaruje przecież. I to o wiele lepiej niż czarodziej Gandalf na siwym, przepraszam, białym koniu. Zanużyć jej magii będę mógł już w czerwcu. Prawdziwa petarda. I to jeszcze w kombinacji z The Prodygi. Kosa, bomba, sieka i gniade konie na biegunach.

Siedzę sobie w autobusie i zaglądam za szyby. Maj mamy, jeśli ktoś by nie wiedział. A kolejna moja podpowiedź to jutrzejsze kalendarium. 11 maja bowiem obchodzimy światowy dzień bez spodni. Świętował go kiedyś pewien pan na moim osiedlu. Akcję zrobił taką, że całe osiedle stanęło jak wryte. Pan najwidoczniej cenił sobie bezgraniczną wolność, bo zwabiony pierwszymi, mocnymi promieniami ściągnął i spodnie i koszulę i nawet majtki. Zostawił je w domu i rozpoczął swobodny bieg po osiedlu. I biegł tak ulicą Kraljevską, później francuską. Matki zasłaniały oczy swym pociechom, a lampy odwracały klosze z poczuciem wstydu.

Brawurową akcją popisali się wówczas nasi policjanci. Prędko dorwali bandytę-zboczeńca i zakuli go w nowoczesne dyby, kajdankami zwane. Przedtem, zapytali naszego nagusa czy ma przy sobie dowód tożsamości. Ten udał że szuka po kieszeniach, po czym zaskoczony odparł – nie mam go przy sobie!

Zakłopotani funkcjonariusze zapakowali naszego bohatera do kabaryny marki Volksvagen Transporter. Tam policjant zaczął spisywać protokół zdarzenia i wzywać posiłki. Drugi spoglądał w ziemię, aby za wszelką cenę nie spojrzeć TAM. Drugi też radził sobie jak mógł. Notesem formatu B5 zasłaniał widok okazałego przyrodzenia osiedlowego zboczeńca. Ze stresu co jakiś czas poprawiał rondo swej policyjnej czapki i wycierał pot.

To było dla mnie za dużo. Wróciłem do domu, aby zjeść lody pipi i poczytać książkę. Teraz też kończę. Papa.

3 komentarzy

Życie jest jak stek – krwiste

maj 09 2012

Przemierzając ostatnio miasto w celu sąsiadowych urodzin zahaczyłem o bankomat. Słowo zahaczyłem zdaje się znakomicie pasować do tamtejszej sytuacji. Ściana wysunęła bowiem w moim kierunku plik czterech dziesięciozłotowych banknotów. Świeżutkich i wyprasowanych niczym ciuchy w szafie Jimsona. Krawędź jednego z nich była tak ostra, że przecięła mi skórę. Od razu popłynęła krew. Niczym wtedy, gdy pogryzły mnie szczeniaki rudej Zory*. Uświadomiłem sobie, że mamona jest krwawa. Jak to mawiali niegdyś chłopaki z Queensbridge.

Nie masz racji drogi Mesie. Rozumiem, że możliwości wbijania do głowy licealnej młodzieży wszelkich swoich mądrości jest bardzo przyjemną rozrywką, ale zapominanie o amerykańskich >>molochach<< takich jak Kiss FM, ABC Radio, czy sportowe formaty typu ESPN Radio jest już dużą przesadą. Podobnie jak wieszczenie zagłady radia na rzecz internetu. Bo póki co na to się nie zanosi. A podobne scenariusze przewidywali dużo mniej światli ludzie dziesiątki lat temu. Konkretniej w latach sześćdziesiątych, kiedy to miała zniknąć prasa. Bo przecież po co czytać, skoro możemy oglądać tv?

Dość tego mentorstwa. Na koniec wisienka na torcie. I rektor tworzący ghetto dla tych, którym picie piwa w barowych ogródkach kojarzy się z brakiem pieniędzy przez najbliższy tydzień. Od teraz będą się zbierać na polanie i rozkoszować się życiem. Poubierani w okulary typu nerd, rozmawiający o systemach politycznych oraz filozofi Kanta i metodologii wychowania przedszkolnego.

Mimo wszystko pomysł popieram. Niech takie piwne ghetta powstaną w każdym mieście. Bo przecież miło patrzyć na ludzi rozkoszujących się życiem. I może śmieci będą leżały w jednym miejscu zamiast walać się po całym mieście… I te kurwy studenckie zamiast hałasować mi nad głową oderwą się na chwilę od komputera z szybkim internetem i wyjdą chociaż na tą polanę 200 metrów dalej. Poznać nie-wirtualne życie i opalić blade, internetowe pyski, na które wiosną świecą jedynie diody monitora LCD.

0 komentarzy

maj 01 2012

coś mi mówi, że jutro będzie jeziorko! coś mi mówi, że w środe zastal! coś mi mówi, że chcę zwycięstwa śląska!

1 komentarz

Deteć, który jeździł koleją. Ale nie tylko.

kwi 28 2012

Ten co to trupy grzebie śpiewał kiedyś, że Poznań ezoteryczny jest. Ja tam mu nie wierze, tym bardziej, że średnio znam to słowo. Dla mnie poznań jest zaskakująco zaskakujący. Szczególnie gdy jedzie się przez niego autobusem.

Dziś wsiadając do T2-jki (który jest tramwajo- autobusem z resztą) nie spodziewałem się żadnych atrakcji. A tu masz ci los. Heca i przygoda detecia w nim dorwała. Tramwajo-autobus zamiast jechać dobrze znaną mi trasą, pojechał w stronę jakichś dziwnych miejscówek. Widziałem zza szyby miejsce w którym lata temu spotkałem się z Peją. Później widziałem jakieś parki, mury obronne i ludzi w kurtkach. Sąsiadowej >>chawiry<< ani widu ani słychu. Wykręcił mnie ten pojazd niczym ciuciu-babkę. Byłem totalnie skołowany już na czwartym kilometrze! Dobrze, że mam kobiecą intuicję. Pozwoliła mi zorientować się w którym miejscu mam wyskoczyć z tramwajo-autobusu, aby nadrobić jak najmniej kilometrów pieszo, z wielką torbą „BOLL” na ramieniu.

Pomógł mi w tym przebijający się przez drzewa poznański krwiobus. Ile razy go mijam, tyle razy przypomina mi o konieczności oddawania krwi. Zawsze uśmiecha się do mnie i mruga światłami. Wygląda wtedy jak gorąca kobieta na plaży, figlarnie uśmiechnięta, merdająca wskazującym palcem i mówiąca – „chodź tu do mnie mały”. I chyba w końcu się na nią skuszę. Mój czerwony płyn otrzymuje bowiem całą masę komplementów. Nawet jakbym zmniejszył nos nie słyszałbym pod swoim adresem tylu miłych słówek, co na pobieraniu krwi. Panie w białych fartuszkach mówią do mnie wtedy tak: „och, jak ja chciałabym mieć pana krew”, lub: „ma pan IDEALNE parametry” (dodają oczywiście, że krwi, co by nie zaburzać atmosfery intymności). Zdarzają się też takie, które od razu prezentują postawę pro publico bono, a więc dla dobra społeczeństwa. Mówią wtedy tak: „gdyby wszyscy mieli TAKĄ KREW jak pan, nie trzeba by było nikogo leczyć!”.

Ja w to wierzę, dla tego w maju lecę do regionalnego centrum krwiodawstwa i krwiolecznictwa, w skrócie RCKiK (daj to jakiemuś m*rzynowi, żeby przeczytał na głos). Zęby też se muszę zrobić. Pozdro Paulina.

1 komentarz

Na nielegalu

kwi 27 2012

Znudzeni wykładami podjęliśmy ostatnio inicjatywę nielegalną. Wykorzystaliśmy do niej uprawnienia, które przysługują nam z tytułu pobierania nauki w naszej Szkole Wyższej. A nasza szkoła Wyższa korzysta z sal wykładowych na terenie MTP, Targów Poznańskich, byczych i wielkich niczym bomba imprezowa. Dzięki zielonym legitymacjom możemy kantować tamtejszych ochroniarzy i udawać, że idziemy na zajęcia, a czynimy coś zupełnie odwrotnego. Ostatnio tak właśnie postąpiliśmy! Był to tak zwany hardkor dla emerytów. Ale zawsze to coś.

Olaliśmy trudny poranek i wykłady z antyku. Poszliśmy tajemnymi tunelami i korytarzami do wejścia na teren targów. W czasie ucieczki panowała atmosfera strachu i obawy przed strzałami z karabinu maszynowego i przed wyśledzeniem naszych niecnych zamiarów przez ochroniarzy i gestapo. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca i po dobrze wykonanej misji konspiracyjnej kolega zameldował mi – cel został osiągnięty, panie generale.

Dostaliśmy się do świata motoryzacyjnego szału. Były tam kampery, limuzyny, samochodowe zabawki, wyścigowce z lat 30 i jeden z pierwszych wyprodukowanych na świecie Fordów. Były też motory. Jeden z nich należał do Adama Skórnickiego i był motocyklem żużlowym. Dosiadłem go: (motor, nie skóre)

Co dziwne, byłem jedynym zainteresowanym ową maszyną. Gdy opowiadałem o jej możliwościach moim wielkopolskim ziomkom jeden z nich tylko przetarł okulary, drugi powiedział – chodźmy już. Gdyby tego typu motor znalazł się na wystawie w Zielonej Górze miałby pewnie po dwóch godzinach przetarte siodełko od dotyku miliona pięciuset kroczy. Damskich oraz męskich.

Wczoraj dokonałem rzeczy równie niecodziennej jak tajemna ucieczka na targi. Urżnąłem się z Sąsiadem na grochowskiej i oglądaliśmy… randkę w ciemno. Daję słowo, to do startujących tam gości należały pierwsze podręczniki do sztuki NLS w latach 90-tych. Kandydat numer 3 pisał pewnie bestsellery w tej kwestii.

2 komentarzy

Ławka, chłopaki spoza bloku

kwi 27 2012

Siedzę w naszej miejskiej galerii dla burżujów i nowoczesnych ludzi. Siedze na ławeczce. Ot: 24 szczebelki i stalowy stojak, a obok sklep z prasą. Nazwałem ją ławeczką oczekiwania. W końcu to zawsze na niej lokuje d#pę, gdy czekam na Pauline-pracusia. I tak już prawie od roku.

0 komentarzy

Byłem na filmie

kwi 18 2012

 

Tak to wygląda w zielonogórskiej Nysie. Powyższy rysunek techniczny pamięta dłonie młodego chłopca, który  siedzi dziś na emeryturze i dba o  jabłonie na swoje działce. Być może pielęgnując drzewka myśli o dawnych czasach, gdy zabierał do kina piękne dziewczyny.

Nysowe fotele z pewnością pamiętają też bąki pierwszego sekretarza towarzystwa przyjaźni polsko-radzieckiej. A powietrze – cały czas oddechem towarzysza gierka trąci.

A skoro już o komunie mowa, to w jednej z restauracji natknąłem się na PŻ-ta. Ex trenejro, wielkiego pana, zdefiniowanego falUBaza z którego nazwiska można by wódkę zrobić. Burak z wódką ma z resztą wiele wspólnego. A z chlewem to już na pewno. Przyszedł dziś ze swoją trzodą do lokalu, gdzie progi  są dla świńskich racic zbyt wysokie. Mimo to wchodzą. I z miejsca robią smród. Czują się panami na włościach. Spokój klientów, obsługi i kultura to rzeczy dla nich niezwykle obce. Liczy się wódka. I ich zapijaczone ryje próbujące poderwać młode panie za kontuarem.

Czego się więcej spodziewać? Spotkanie bandy osłów pod przywództwem esbeka nigdy nie oznaczało niczego dobrego.

0 komentarzy

Wirtualny świat miesza mi w realu, jakiś falus podszywa się pod dzwonek bez żalu

kwi 14 2012

I już mamy weekendowe hity. Od jakiegoś czasu dzwonek oznajmiający, że Paulina dzwoni brzmi tak . Dziś ten sam dźwięk usłyszałem przechodząc rankiem obok zieleniącego się drzewa. Bez wachania chwyciłem za kieszeń, nacisnąłem zieloną słuchawkę i już chcialem mówić ‘halo?’. Okazało się jednak, że to prawdziwe ptaki ćwierkały, a nie Paulinowy dzwonek. Prawdziwe ptaki, i to na prawdziwym drzewie!

Jestem nagrzany. I wcale nie chodzi tu o moje zboczenia. Po wyjściu z autobusu PKS czuję, jak płonie mi skóra. Pan kierowca grzał bowiem jak szalony. Tyle, że nie po drodze – a w piecu. W środku było z 80 stopni, a jeda baba od początku trasy siedziała w fotelu z beretem na głowie i w płaszczu. Nawet nie westchnęła. Podziwiam.

Mimo spoconych pleców, czoła i szynki na kanapchach w plecaku udało mi się napisać zaliczeniowy felieton. Absolutnie nie zgadzam się z jego treścią. Do przeczytania poniżej:

Continue Reading »

0 komentarzy

Older »